Po śmierci teściowej zostałam sama z trzema mężczyznami pod jednym dachem i wtedy zrozumiałam, że w tym domu byłam tylko do pracy
„Basia, obiad będzie dzisiaj czy mam sobie sam chleb ukroić?”
Teść powiedział to takim tonem, jakbym była kucharką na etacie. Stałam wtedy przy kuchence, w swetrze Krystyny, bo jeszcze pachniał jej kremem do rąk. Minęły dwa tygodnie od pogrzebu. Dwa tygodnie. W domu dalej stały jej kapcie pod kaloryferem, a oni już zdążyli przyzwyczaić się do tego, że teraz wszystko spadnie na mnie.
Spojrzałam na Marka. Siedział przy stole, mieszał herbatę i nawet nie podniósł oczu.
„Basia, tata pyta” rzucił tylko.
Wtedy coś we mnie drgnęło. Jeszcze nie pękło, ale drgnęło mocno.
Krystyna była jedyną osobą w tym domu, przy której czułam się jak człowiek. To ona mówiła: „Zostaw naczynia, usiądź, ja obiorę ziemniaki”. To ona ucinała teksty Wiesława, kiedy burczał, że „kobieta powinna ogarniać dom, a nie siedzieć z telefonem”. To ona potrafiła spojrzeć na Marka tak, że przestawał udawać głuchego.
Kiedy umarła, nie straciłam tylko teściowej. Straciłam tarczę.
Mieszkaliśmy razem od sześciu lat. Duży dom po dziadkach Marka, do tego gospodarstwo, kilka krów, świnie, ogród, wieczne coś do zrobienia. Na początku wierzyłam, że damy radę. Że to przejściowe. Że odłożymy, wyremontujemy poddasze, zrobimy osobne wejście. Takie tam młode marzenia. Tylko że pieniądze ciągle uciekały. A to traktor się zepsuł, a to dach nad oborą, a to szwagier Paweł znowu „na chwilę” bez pracy i trzeba było go ciągnąć.
Po śmierci Krystyny wszystko się posypało szybciej, niż myślałam.
Najpierw były drobiazgi.
„Basia, wyprałaś moje robocze?”
„Basia, w lodówce pusto.”
„Basia, czemu ojciec nie ma podanego śniadania?”
Podanego. Jak w jakimś dworku, tylko bez dworu, za to z błotem na podwórku i rachunkami na stole.
Wracałam z pracy po ośmiu godzinach w sklepie, a w domu czekała druga zmiana. Gotowanie, pranie, sprzątanie, karmienie kur, zakupy, apteka dla teścia. Marek coraz częściej znikał do garażu albo „pomagał Pawłowi”. Jak próbowałam z nim rozmawiać, wzdychał, jakbym była problemem, a nie żoną.
Pewnego wieczoru powiedziałam wprost:
„Ja tak dłużej nie dam rady.”
Nawet nie odwrócił się od telewizora.
„No to co mam zrobić? Mama nie żyje.”
Do dziś pamiętam ten chłód. Nie smutek. Chłód.
„Może stanąć po mojej stronie” powiedziałam cicho.
Zaśmiał się krótko. Naprawdę się zaśmiał.
„Basia, nie przesadzaj. Ojciec i Paweł są jacy są. Trzeba przeczekać.”
Przeczekać co? Własne upokorzenie?
Najgorzej było w niedzielę, miesiąc po pogrzebie. Zrobiłam rosół, schabowe, mizerię, ciasto, bo przyjechała siostra teścia. Siedzieli przy stole, jedli i rozmawiali o polu, o sąsiadach, o cenach nawozu. Ani jednego „dziękuję”. Kiedy usiadłam na końcu stołu z talerzem, Wiesław spojrzał na pustą salaterkę i powiedział:
„Basia, ziemniaków donieś.”
Nie „proszę”. Nie „czy mogłabyś”. Tylko rozkaz.
A Paweł dodał z pełną buzią:
„No i kompotu mało.”
Wtedy coś we mnie pękło.
Postawiłam talerz tak mocno, że aż zadźwięczał.
„To sobie donieś. I kompot też. Mam dwie ręce, nie sześć.”
Zapadła taka cisza, że słyszałam tykanie zegara w kuchni.
Wiesław zrobił się czerwony.
„Jak ty się odzywasz?”
„Normalnie. Tak odzywa się człowiek zmęczony.”
Marek patrzył na mnie, jakbym narobiła wstydu przed rodziną.
„Przesadzasz” syknął.
I wtedy powiedziałam to, czego sama się po sobie nie spodziewałam.
„Nie przesadzam. Od śmierci twojej mamy wszyscy zachowujecie się tak, jakbyście odziedziczyli po niej nie żałobę, tylko służącą.”
Siostra Wiesława odłożyła widelec. Paweł mruknął coś pod nosem. A Marek wstał i wyszedł z pokoju. Po prostu wyszedł. Jak tchórz. Nawet teraz boli mnie to słowo, ale tak było.
Wieczorem zrobiła się awantura. Wiesław krzyczał, że buntuję rodzinę. Paweł, że od początku byłam „miastowa i delikatna”. A Marek? Marek powiedział najgorsze.
„Jak ci źle, to nikt cię tu nie trzyma.”
To zdanie chodzi za mną od tamtej nocy.
Siedziałam potem w łazience na zamkniętej klapie od sedesu i płakałam po cichu, żeby nikt nie słyszał. Patrzyłam na swoje dłonie, spuchnięte od pracy i środków do czyszczenia. Pomyślałam, że mam trzydzieści cztery lata i coraz mniej siebie. Że moje małżeństwo zostało tylko na papierze i przy wspólnym koncie. Że w tym domu jestem potrzebna, ale nie jestem kochana.
Kilka dni temu pojechałam do mojej siostry, do Anety. Powiedziała tylko: „Basia, ty nie jesteś od ratowania wszystkich kosztem siebie”. I chyba pierwszy raz ktoś powiedział to tak prosto, bez mądrości, bez oceniania.
Teraz liczę pieniądze, przeglądam ogłoszenia wynajmu i boję się jak cholera. Bo jeśli odejdę, zacznie się wojna o wszystko. O meble, o oszczędności, o to, kto ile dołożył do domu. Będą gadania po rodzinie, że zostawiłam męża po śmierci jego matki. Już to słyszę.
Ale jeśli zostanę, to co ze mną będzie za rok? Za pięć lat? Mam zamienić się w cień Krystyny, tylko bez jej siły i bez czyjegokolwiek szacunku?
Czasem myślę, że ona widziała więcej, niż mówiła. Może dlatego zawsze stawała między mną a nimi.
Powiedzcie mi szczerze — walczyć jeszcze o to małżeństwo, skoro tylko ja je dźwigam, czy odejść, zanim całkiem zapomnę, kim jestem?
Czy szacunek w rodzinie da się jeszcze wyprosić… czy trzeba po prostu wstać od stołu i wyjść?