„Oddałaś tatę jak niepotrzebny mebel” — usłyszałam od siostry, choć przez trzy lata to ja podnosiłam go z podłogi

— Oddałaś tatę jak niepotrzebny mebel! — krzyknęła Marta tak głośno, że pielęgniarka przy recepcji odwróciła głowę.

Stałam z podpisanym formularzem w dłoni, a za szybą, w małym pokoju na parterze, siedział mój ojciec. Miał na sobie swój granatowy sweter, ten z przetartym łokciem, którego nie chciał wyrzucić od dziesięciu lat. Patrzył na doniczki ustawione na parapecie i chyba nie wiedział, gdzie jest.

— Nie oddałam go — powiedziałam cicho. — Próbuję go uratować.

Marta prychnęła.

— Przed czym? Przed własnym mieszkaniem? Przed własną córką?

Nie odpowiedziałam. Bo gdybym zaczęła mówić, pewnie rozpłakałabym się tam, na środku korytarza, a ja już nie miałam siły płakać przy obcych ludziach.

Tata mieszkał sam po śmierci mamy. Początkowo radził sobie dobrze. Chodził po zakupy, gotował rosół, dzwonił do mnie w niedzielę i pytał, czy dzieci zjadły obiad. Potem zaczął mylić dni. Przyjeżdżałam w środę, a on był pewny, że mamy Wigilię. Raz znalazłam w lodówce garnek z ugotowanymi ziemniakami, które stały tam chyba dwa tygodnie. Innym razem zapomniał zakręcić gaz.

Wtedy jeszcze wszyscy mieli dużo do powiedzenia.

Marta mówiła przez telefon: „Trzeba mieć na niego oko”. Mój brat Paweł powtarzał: „Może to tylko stres, nie dramatyzuj”. Oboje mieszkali w innych miastach, mieli pracę, swoje sprawy, dzieci, remonty, kredyty. Ja też miałam pracę. Też miałam męża, dwójkę dzieci i ratę za mieszkanie. Ale mieszkałam najbliżej, dwadzieścia minut autobusem od taty. Więc to ja „miałam na niego oko”.

Z czasem oko zamieniło się w codzienny dyżur.

Rano przed pracą wpadałam sprawdzić leki. Po pracy robiłam zakupy, sprzątałam, gotowałam mu coś na dwa dni. Wieczorem dzwoniłam, żeby upewnić się, czy zamknął drzwi. Mój mąż, Andrzej, długo nic nie mówił. Po prostu przejmował dzieci, kiedy biegłam do taty, i odgrzewał kolację.

Pewnego wieczoru usłyszałam jednak, jak mówi w kuchni, bardzo cicho:

— Anka, ja się o ciebie boję. Ty już nie śpisz. Ty tylko funkcjonujesz.

Odpowiedziałam ostro, choć nie zasłużył.

— To mój ojciec. Co mam zrobić?

Andrzej oparł dłonie o blat.

— Nie wiem. Ale nie możesz wszystkiego robić sama tylko dlatego, że reszta ma wyrzuty sumienia przez telefon.

Najgorsze wydarzyło się w lutym. Był mróz, taki zwykły, mokry, od którego człowiekowi marzną ręce nawet w rękawiczkach. Tata wyszedł rano „do mamy”, choć mama nie żyła od siedmiu lat. Sąsiadka zobaczyła go trzy ulice dalej, w kapciach i rozpiętej kurtce. Nie wiedział, jak się nazywa. Miał przy sobie tylko klucze i zmięty paragon z apteki.

Kiedy przyjechałam na komisariat, siedział na krześle pod ścianą. Wyglądał jak mały, zagubiony chłopiec.

— Aniu? — zapytał. — A gdzie jest moja mama? Przecież miała po mnie przyjść.

Wtedy pierwszy raz poczułam coś strasznego. Nie tylko lęk o niego. Także ulgę, że ktoś inny przez chwilę go pilnował. I natychmiast wstyd za tę ulgę.

Po tym zdarzeniu zaczęłam szukać miejsca z całodobową opieką. Nie chciałam państwowego ośrodka na końcu województwa. Objechałam kilka prywatnych domów opieki. W jednym pachniało obiadem i środkami do dezynfekcji, w drugim panie siedziały bez ruchu przed telewizorem. W trzecim, tym który wybrałam, była pielęgniarka przez całą dobę, rehabilitant i mały ogród. Nie było luksusowo. Było czysto, spokojnie i zwyczajnie.

Cena zwaliła mnie z nóg. Emerytura taty nie pokrywała nawet połowy. Resztę mieliśmy dopłacać wspólnie.

Zadzwoniłam do Marty i Pawła.

— To nie jest prośba o przysługę — powiedziałam. — To jest koszt opieki nad naszym ojcem.

Paweł milczał chwilę.

— Anka, ja teraz naprawdę mam ciężko. Sam wiesz, rata poszła w górę…

— Ja nie jestem „sam” — przerwałam mu. — Jestem twoją siostrą.

Marta stwierdziła, że tata „na pewno się załamie”, a ona nie chce przykładać ręki do takiej decyzji. Potem zaproponowała, żebym wzięła bezpłatny urlop i zamieszkała z nim.

Patrzyłam wtedy na swoje dzieci odrabiające lekcje przy stole. Na Andrzeja, który udawał, że nie słyszy rozmowy. I poczułam w gardle taki ścisk, że ledwo mówiłam.

— A ty? — zapytałam. — Ty weźmiesz choć jeden tydzień?

— Nie odwracaj kota ogonem — odpowiedziała. — To ty chcesz go oddać.

W dniu przeprowadzki tata był spokojny. Zbyt spokojny. Spakowałam jego zdjęcie z mamą, golarkę, kapcie, radio i pudełko z cukierkami miętowymi. Kiedy weszliśmy do pokoju, obejrzał łóżko, szafę i fotel przy oknie.

— Ładnie tu — powiedział.

Poczułam nadzieję, głupią, malutką nadzieję.

Po chwili złapał mnie za rękaw.

— Ale wieczorem pojedziemy do mnie, prawda? Ja nie chcę tu spać. Tam mam swoje rzeczy. Mama będzie się martwić.

Nie potrafiłam odpowiedzieć. Przytuliłam go, a on pachniał wodą kolońską i tabletkami, tak jak od miesięcy. Przez chwilę wtulił twarz w moje włosy.

— Ty jesteś dobra córka — szepnął.

Wyszłam z pokoju i zamknęłam się w toalecie. Płakałam bezgłośnie, siedząc na zamkniętej klapie sedesu, jak jakaś nastolatka po kłótni z rodzicami. Tyle że ja miałam czterdzieści sześć lat i właśnie zostawiłam ojca w miejscu, z którego nie chciał wracać.

Marta przyjechała dopiero po trzech tygodniach. Tata nie poznał jej od razu. Patrzył na nią długo, grzecznie, jak na sąsiadkę. Ona rozpłakała się i wybiegła na korytarz. Tam dopadła mnie ze swoją złością.

— Gdyby został w domu, wiedziałby, kim jestem!

— Nie, Marta — powiedziałam. Ręce mi drżały, ale pierwszy raz nie chciałam już ich chować. — Gdyby został w domu, mógłby umrzeć na ulicy albo spalić mieszkanie. A ty nie przyjechałaś nawet wtedy, kiedy szukaliśmy go z policją.

Zamilkła. Paweł też nic nie powiedział. I ta cisza była chyba uczciwsza niż wszystkie ich oskarżenia.

Odwiedzam tatę prawie codziennie. Czasem mnie poznaje. Czasem mówi do mnie „pani Aniu” i pyta, czy mam dzieci. Bywają dni, gdy się złości, że go oszukałam. Bywają też takie, gdy siedzimy w ogrodzie, a on nuci starą piosenkę i prosi o herbatę z cytryną. Wtedy przez moment wygląda jak dawniej.

Nadal mam poczucie winy. Chyba zawsze będę je miała. Ale zaczynam rozumieć, że miłość nie zawsze oznacza spełnianie czyjejś woli za wszelką cenę. Czasem oznacza podjęcie decyzji, której nikt nie chce podjąć.

Czy zrobiłam dobrze, wybierając jego bezpieczeństwo zamiast obietnicy, że zostanie w swoim mieszkaniu? A może w rodzinach zawsze najłatwiej osądza ten, kto nigdy nie musiał zostać na noc przy łóżku chorego?