Dwa małżeństwa, żadnego szczęścia: Czy naprawdę zasługuję na miłość jak z bajki?
– Znowu wracasz tak późno? – zapytałam, ledwo powstrzymując drżenie głosu, kiedy Piotr wszedł do mieszkania. W jego oczach zobaczyłam zmęczenie, ale i coś jeszcze – obojętność, która bolała mnie bardziej niż jakiekolwiek słowa.
– Praca, Emilko. Przecież wiesz – rzucił, nawet na mnie nie patrząc. Zsunął buty, rzucił kurtkę na krzesło i zniknął w łazience. Zostałam sama w kuchni, z kubkiem zimnej herbaty i poczuciem, że znowu jestem niewidzialna.
Nie tak miało być. Odkąd pamiętam, marzyłam o wielkiej miłości. Moja mama powtarzała mi: „Emilka, zasługujesz na księcia. Nie zgadzaj się na byle co”. Wierzyłam jej. Wierzyłam w bajki, w to, że ktoś mnie pokocha tak mocno, że będę dla niego całym światem.
Pierwszy raz wyszłam za mąż mając dwadzieścia cztery lata. Michał był moim kolegą ze studiów – cichy, spokojny, zawsze gotów pomóc. Wydawało mi się, że to wystarczy. Ale już po kilku miesiącach czułam się jak w klatce. Michał był dobry, ale nie potrafił mnie adorować. Nie było kwiatów bez okazji, nie było romantycznych wyznań. Były za to codzienne obowiązki, rachunki i rozmowy o pracy. Czułam się coraz bardziej samotna.
– Dlaczego nie możesz być bardziej… romantyczny? – zapytałam go pewnego wieczoru.
– Emilka, przecież cię kocham. Po prostu nie jestem taki jak w filmach – odpowiedział bezradnie.
To nie wystarczyło. Po trzech latach rozwiedliśmy się w ciszy i bez większych kłótni. Rodzina była zszokowana. Mama płakała: „Tak się nie robi! Małżeństwo to nie zabawa!”. Ale ja byłam pewna, że zasługuję na więcej.
Piotra poznałam przez wspólnych znajomych. Był starszy ode mnie o siedem lat, miał własną firmę i wydawało się, że wie czego chce od życia. Był szarmancki, kupował mi kwiaty, zabierał do restauracji. Poczułam się wyjątkowa – przez chwilę.
Ślub był skromny, ale piękny. Mama uśmiechała się przez łzy: „Może tym razem się uda”. Przez pierwsze miesiące byłam szczęśliwa. Piotr spełniał moje zachcianki, obsypywał prezentami. Ale potem wszystko zaczęło się zmieniać.
– Emilka, musisz zrozumieć, że firma to nie zabawa. Pracuję dla nas – tłumaczył coraz częściej.
Znowu zostałam sama w domu. Znowu czekałam na wiadomość, telefon, gest czułości. Znowu czułam się niewidzialna.
Najgorsze przyszło wtedy, gdy zaczęliśmy starać się o dziecko. Mijały miesiące, potem lata – bez skutku. Lekarze rozkładali ręce. Piotr coraz częściej milczał przy kolacji.
– Może to znak? Może nie jesteśmy sobie pisani – powiedział pewnego wieczoru.
Poczułam wtedy, jakby ktoś wyrwał mi serce. Zawsze chciałam być matką. Wyobrażałam sobie siebie z dzieckiem na rękach, Piotra obok mnie – szczęśliwych i spełnionych.
Zaczęły się kłótnie. O wszystko: o pieniądze, o rodzinę, o przyszłość.
– Ty nigdy nie jesteś zadowolona! – krzyczał Piotr.
– Bo nigdy nie czuję się ważna! – odpowiadałam płacząc.
Mama przestała mnie wspierać.
– Może czas zejść na ziemię? Życie to nie bajka – mówiła coraz częściej.
Ale ja nie potrafiłam przestać marzyć. Czy to naprawdę tak wiele – chcieć być kochaną bezwarunkowo?
W pracy koleżanki patrzyły na mnie z politowaniem.
– Emilka, masz wszystko: dom, męża, pieniądze… Czego ci brakuje?
Nie potrafiłam im odpowiedzieć. Bo czego mi brakowało? Może tego uczucia bycia wyjątkową? Może tego spojrzenia pełnego zachwytu?
Czasem zastanawiam się, czy problem jest we mnie. Może za dużo wymagam? Może nikt nie jest w stanie spełnić moich oczekiwań?
Ostatnio coraz częściej myślę o rozwodzie. Ale boję się samotności bardziej niż czegokolwiek innego. Boję się opinii rodziny, sąsiadów, znajomych.
Wieczorami siadam przy oknie i patrzę na światła miasta. Zastanawiam się: czy gdzieś tam jest ktoś, kto pokocha mnie taką jaką jestem? Czy może powinnam nauczyć się kochać siebie?
Może bajki są tylko dla dzieci?
A może po prostu jeszcze nie spotkałam swojego księcia?
Czy naprawdę zasługuję na miłość jak z bajki? A może czas przestać jej szukać i zacząć żyć naprawdę?