Gdyby nie ty: Opowieść o przyjaźni, zazdrości i przebaczeniu

— Znowu ona! — wyszeptałam przez zaciśnięte zęby, choć mój głos niemal zginął w hałasie auli liceum im. Mickiewicza w Warszawie. Weronika po raz kolejny zachwycała wszystkich swoją urodą i dowcipem, uciekając wzrokiem w stronę Pawła, o którym marzyłam od miesięcy. Wpatrywałam się w nią z takim żalem, że aż czułam, jakby zazdrość wypalała mi wnętrzności. Czy ona naprawdę musiała mieć wszystko? Chciałam, żeby ktoś w końcu docenił mnie, Natalię Kwiatkowską.
Nigdy nie zapomnę pierwszego razu, kiedy Weronika pojawiła się w naszej klasie. Miała burzę rudych loków, która nie pasowała do mundurka, ale od razu wyczuło się, że nic nie powstrzyma jej naturalnego wdzięku. Kochała życie i swoją energią przyciągała ludzi jak magnes. Pamiętam, jak podeszła do mojego stolika na plastikowym krześle w samym rogu sali.
— Można? — Spytała z szerokim uśmiechem. — Za bardzo boję się tych starszych chłopaków, a ty wydajesz się w porządku.
Byłam zaskoczona jej bezpośredniością, ale pod wpływem jej ciepła natychmiast zmiękłam, jak wszyscy zresztą. Wpadłyśmy w rutynę: razem wracałyśmy na Mokotów, dzieliłyśmy się kanapkami i tajemnicami, czasem nawet płakałyśmy przez te same zapomniane piątki z matmy. Z czasem zaczęłam czuć, że ona jest światłem, przy którym ja blednę, niewidzialna.
Moja mama powtarzała, że mam być z siebie dumna, ale z czasem nawet jej ciche powroty z pracy nie mogły przełamać tego pancerza, którym się otoczyłam.
Któregoś dnia siedziałam w swoim pokoju, roztrzęsiona po kolejnej scenie w szkole. Paweł podszedł do Weroniki, a ja udawałam, że nie widzę, jak ściska jej dłoń. Słyszałam ich śmiech dobiegający spod sali nr 12. Zamknęłam się w sobie, a jej wiadomości ignorowałam przez całe popołudnie. W końcu zadzwoniła. Wiedziałam, że nie odbiorę, ale i tak spojrzałam na wyświetlacz.
„Natalka, co się dzieje? Odezwij się, proszę!”
W końcu napisałam tylko „nie mam nastroju”. Przez kolejne dni unikałam jej spojrzeń, uciekając na przerwach w korytarz pełen obcych twarzy. Zazdrość narastała, aż w końcu wybuchła z impetem.
Podczas wycieczki do Krakowa Weronika zabrała miejsce obok mnie w autokarze.
— Co się z tobą dzieje, Nati? Przecież zawsze sobie wszystko mówiłyśmy.
— Nic, Werka. Po prostu życie.
— Mam ci uwierzyć?! Zrobiłam ci coś?
Wtedy puściły mi nerwy. Wykrzyczałam jej, że mam jej dość, jej idealności, tego, że wszyscy ją kochają, nawet Paweł. Myślałam, że się popłacze, a ona… tylko milczała. Przez resztę wycieczki siedziałyśmy cicho.
Później w domu rzuciłam plecak w kąt i rozpłakałam się na dobre. Mój młodszy brat Bartek wszedł cicho do pokoju:
— Nati, mama pyta, czy chcesz coś na kolację. I, że jeśli masz kłopoty, możesz z nią pogadać.
Ale ja tylko odwróciłam twarz. Od tamtej pory mama patrzyła na mnie ze smutkiem, jakby widziała, że coś we mnie pęka.
Tydzień później w szkole Weronika podeszła do mnie, tym razem zgaszona, bez tej swojej energii.
— Przepraszam. Jeśli to przeze mnie, to mi wybacz. Ale ja też nie czuję się idealna, wiesz? To wszystko czasem mnie przerasta.
Spojrzałam na nią i zobaczyłam, że naprawdę jej zależy. Zaczęłyśmy coraz więcej rozmawiać, ale tym razem szczerze – o własnych kompleksach, o strachu przed samotnością, o tym, że nie wszystko jest takie, jak widać z zewnątrz.
Życie nie stało się od tego prostsze. Jeszcze wiele miesięcy musiałyśmy uczyć się siebie na nowo, a ja ciągle musiałam walczyć z tą zazdrością, która wracała w najmniej oczekiwanych chwilach. Po maturze dostałyśmy się na różne uczelnie. Rozdzieliły nas miasta, nowe znajomości, a także moje rodzinne dramaty – nagły rozwód rodziców, z którym przez długie tygodnie nie mogłam się pogodzić. Weronika pisała mi wtedy listy, sms-y i dzwoniła, a ja często nie miałam w sobie współczucia, tylko zgorzknienie.
Jednego wieczoru, gdy siedziałam na ławce pod blokiem, zadzwoniła mama:
— Wiesz, Weronika przyszła do mnie. Martwi się o ciebie, mówiła, że cię kocha, jak siostrę.
Wtedy dopiero zrozumiałam, ile dla mnie znaczyła. Wychodząc na spotkanie pod domem, zobaczyłam ją, jak czeka na mnie z dwoma kubkami gorącej czekolady, mimo deszczu.
— Nati, przepraszam. Wiem, że było nam różnie. Ale nie potrafię żyć, wiedząc, że cię ranię.
Objęłyśmy się, płacząc. Wszystkie urazy na chwilę przestały mieć znaczenie.
Dziś wiem, że ta przyjaźń nauczyła mnie najwięcej. Na własnej skórze przekonałam się, że miłość i zazdrość potrafią istnieć razem, ale to przebaczenie i lojalność są tym, co ratuje najważniejsze relacje w życiu. Dzięki Weronice uwierzyłam w siebie i nauczyłam się kochać najpierw siebie, a potem innych.
Czasami wciąż się zastanawiam: czy potrafilibyście wybaczyć osobie, którą kochacie, jeśli sama nie potrafi jej wybaczyć sobie? Kim bylibyśmy bez tych, którzy widzą w nas coś, czego nie widzi nikt inny?