Nie rozumiem: Czy Michał jest skąpy, czy po prostu nie widzi, ile wydaję na zakupy?
– Natalia, skończyło się mleko – rzucił Michał przez ramię, nie odrywając wzroku od ekranu laptopa. Siedział przy kuchennym stole, a ja właśnie wyjmowałam z torby kolejne zakupy. Chleb, masło, warzywa, kawa – wszystko to, co codziennie znikało w naszym domu jak kamfora.
Zatrzymałam się na chwilę, patrząc na niego. W głowie kłębiły mi się myśli: „Czy on naprawdę nie widzi, ile tego wszystkiego przynoszę? Ile to kosztuje?” Od dwóch lat mieszkamy razem w tej kawalerce na Mokotowie. Od dwóch lat to ja robię zakupy, gotuję, sprzątam. Michał czasem wyniesie śmieci albo odkurzy, ale jeśli chodzi o pieniądze na jedzenie – zawsze jestem ja.
Pamiętam naszą pierwszą kłótnię o pieniądze. To było tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Stałam wtedy przy kuchence, gotując barszcz, a on przyszedł z pracy i rzucił na blat dwie bułki i herbatę.
– Kupiłem coś na śniadanie – powiedział z dumą.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
– Michał, ja wydałam dziś 150 złotych na zakupy. Ty przyniosłeś dwie bułki i herbatę. Naprawdę myślisz, że to wystarczy?
Wzruszył ramionami.
– Przecież zawsze coś jest w lodówce.
Wtedy po raz pierwszy poczułam się jak służąca we własnym domu. Ale machnęłam ręką. „Może nie zauważa, może trzeba mu powiedzieć wprost” – pomyślałam.
Od tamtej pory próbowałam różnych sposobów. Robiłam listy zakupów i zostawiałam je na stole. Wysyłałam mu SMS-y: „Kup mleko”, „Zabrakło jajek”. Czasem przynosił to, o co prosiłam, ale nigdy nic ponad to. Ani razu nie zapytał: „Może coś jeszcze trzeba?”.
Najgorsze były weekendy. Michał uwielbiał zapraszać znajomych. W sobotę rano pytał:
– Może zrobimy kolację dla wszystkich?
I wtedy zaczynała się moja gehenna: planowanie menu, zakupy za własne pieniądze, gotowanie przez pół dnia. On w tym czasie grał na konsoli albo oglądał seriale. Wieczorem wszyscy chwalili moje jedzenie, a Michał z dumą mówił:
– To Natalia wszystko przygotowała!
Nikt nie pytał, kto za to zapłacił.
Czasem próbowałam z nim rozmawiać.
– Michał, może byśmy się jakoś podzielili wydatkami? – zaczynałam nieśmiało.
Patrzył na mnie zdziwiony.
– Przecież płacę za internet i czasem za prąd.
– Ale jedzenie kosztuje najwięcej! – wybuchałam.
Wzruszał ramionami i wracał do swoich spraw.
Zaczęłam prowadzić notatnik. Zapisywałam każdą złotówkę wydaną na dom: chleb – 5 zł, masło – 9 zł, warzywa – 18 zł… Po miesiącu suma przekroczyła 1200 złotych. Pokazałam mu zeszyt.
– Michał, zobacz! To są nasze wydatki na jedzenie w tym miesiącu. Ja to wszystko pokrywam ze swojej pensji!
Przez chwilę patrzył na liczby, potem wzruszył ramionami.
– No ale przecież ty lubisz robić zakupy i gotować…
Poczułam się tak, jakby ktoś mnie spoliczkował. Czy naprawdę wszystko sprowadza się do tego, że „lubię”? Czy on nie rozumie, że to kwestia sprawiedliwości?
Zaczęłam się zastanawiać: może to ja przesadzam? Może powinnam cieszyć się tym, że mamy siebie i nie liczyć każdej złotówki? Ale potem przychodziły kolejne dni i kolejne zakupy. Moja pensja topniała w oczach, a Michał kupował sobie nowe gry albo zamawiał pizzę do pracy.
Pewnego dnia postanowiłam nie zrobić zakupów. Chciałam zobaczyć, co się stanie. W lodówce zostało tylko trochę sera i jedno jajko. Wieczorem Michał otworzył lodówkę i zawołał:
– Natalia! Nie ma nic do jedzenia!
Wzruszyłam ramionami.
– To może ty pójdziesz do sklepu?
Spojrzał na mnie jak na kosmitkę.
– Ale ja nie wiem, co kupić…
Wtedy wybuchłam:
– Michał! Ja też kiedyś nie wiedziałam! Ale nauczyłam się! Może czas, żebyś i ty się nauczył!
Wyszedł z mieszkania obrażony. Wrócił po godzinie z paczką chipsów i colą.
– To wszystko? – zapytałam zrezygnowana.
– No… tak jakoś wyszło – mruknął.
Przez kolejne dni atmosfera była napięta. Unikaliśmy rozmów o pieniądzach. Ja coraz częściej zastanawiałam się, czy chcę tak żyć dalej. Czy naprawdę jestem tylko „tą od zakupów”?
W końcu zadzwoniła do mnie mama.
– Natalia, jak tam u was?
Nie wytrzymałam i się rozpłakałam.
– Mamo, ja już nie daję rady… Wszystko jest na mojej głowie!
Mama westchnęła ciężko.
– Dziecko, musisz z nim porozmawiać poważnie. Albo się dogadacie, albo będziesz nieszczęśliwa całe życie.
Wieczorem usiedliśmy przy stole. Spojrzałam mu prosto w oczy.
– Michał, musimy ustalić zasady. Albo dzielimy się wydatkami po połowie, albo… ja już nie dam rady tego ciągnąć sama.
Patrzył na mnie długo w milczeniu. W końcu powiedział cicho:
– Nie wiedziałem, że to dla ciebie aż tak ważne…
Może rzeczywiście nie wiedział? Może był ślepy na to wszystko przez wychowanie albo wygodę? Nie wiem. Ale wiem jedno: jeśli nie zaczniemy rozmawiać o tym otwarcie i uczciwie dzielić się obowiązkami oraz kosztami życia – nasz związek nie przetrwa.
Czasem patrzę na Michała i zastanawiam się: czy on naprawdę jest skąpy? Czy po prostu żyje w swoim świecie i nie widzi moich wysiłków? A może to ja za dużo wymagam? Jak myślicie – czy można nauczyć drugiego człowieka empatii i odpowiedzialności?